|
KOMENTARZE |
|
Trudny start Oprac. Mira Prajsner W cyklu Komentarze staramy się poruszać problemy, o których Czytelnicy Remedium piszą w listach lub zgłaszają w bezpośredniej rozmowie. Zapraszamy specjalistów z różnych dziedzin - psychologii, socjologii, profilaktyki, pedagogiki, wymiaru sprawiedliwości, aby przedstawili swoje opinie na temat prezentowanych spraw, a przede wszystkim zaproponowali sposoby rozwiązywania problemów przed którymi stają osoby pracujące z dziećmi i młodzieżą oraz rodzice. Oto kolejny list, który dla naszych Czytelników komentują psycholog, pedagog i wychowawca w przedszkolu niepublicznym. Inspiracją do napisania tego listu jest sytuacja, która ma miejsce w szkole mojego syna. Adam jest pierwszoklasistą. Bardzo chętnie zaczął chodzić do szkoły, z wielkim entuzjazmem przygotowywał się do zajęć. Był taki dumny, że awansował na ucznia... Poprosił mnie o zapisanie na obiady, do biblioteki, chciał brać udział niemal we wszystkich konkursach. Cieszyło mnie to, tym bardziej, że wielokrotnie mówiłam mu, że szkoła to ciekawe miejsce, przyjazne dzieciom, że spotka tam nowych kolegów i Panią, przy której będzie czuł się bezpiecznie. Minęło kilka miesięcy, a syn zaczął tracić entuzjazm, przestał chodzić na obiady, zrezygnował ze wszystkich zajęć, na które się zapisał. Zaczął powtarzać, że nienawidzi szkoły, a Pani nie ufa. Nie ignorowałam tego. Nie chciałam wpadać w panikę ani moralizować. Kiedy pytałam nauczycieli, czy także coś ich niepokoi, zawsze odpowiadali, że nie radzą sobie z dyscypliną, ale to nie dotyczy mojego dziecka, bo jest bardzo grzeczne. Pewnego dnia syn powiedział mi, że uczniowie określani jako nieposłuszni są wypisywani na tablicy i stawiani na środku klasy, a inne dzieci mają oceniać ich zachowanie. Dłuższe rozmowy z synem przekonały mnie, że dzieci w klasie nie potrafią rozwiązywać najprostszych konfliktów między sobą. Jedyne metody, jakie stosują to bicie, przepychanie. Namawiałam syna, by porozmawiał o tym z wychowawczynią, ale szybko skwitował: Pani i tak nic z tym nie zrobi, muszę radzić sobie sam. Postanowiłam porozmawiać z nauczycielką sama. Na spotkaniu usłyszałam, że jej metody są sprawdzone, nazwisko z tablicy można zetrzeć, a stanie na środku klasy jest dużo bardziej dotkliwe. Dzieci, które nie są karane, nie wiedzą, co dobre a co złe, tylko takimi metodami można utrzymać w klasie ład i porządek. Kiedy mówiła do mnie, właściwie krzyczała, nie byłam w stanie się skupić. Zagroziła wizytą u dyrektora i przepisaniem syna do innej klasy. Wracając martwiłam się tylko o to, czy nie naraziłam syna. Jestem poruszona postawą nauczycieli - wiem, że katechetka, nauczycielka angielskiego, Pani pracująca w świetlicy zachowują się wobec dzieci tak samo. Zaczęłam się zastanawiać, kto jest trudniejszy: dzieci czy nauczyciele? A przede wszystkim, jak pomóc mojemu synowi. Co mogę zrobić jako rodzic? List komentują: Irena Wielowiejska-Comi - psycholog, trener, wiceprezes Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom Nadpobudliwym "Ponad" Marzena Knoppik - nauczyciel, pracuje w szkole podstawowej Grzegorz
Grzybowski - pedagog, wychowawca w niepublicznym przedszkolu
"Poziomka" w Warszawie
|