TEMAT MIESIĄCA |
Przerwana misja Dnia 10 kwietnia 2010 r. prezydencki samolot, lecąc z oficjalną delegacją na obchody 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej, rozbił się pod Smoleńskiem. Na pokładzie było 96 osób. Nikt nie przeżył. Zginął Prezydent Polski Lech Kaczyński oraz Jego żona Maria Kaczyńska, kwiat elity politycznej naszego kraju. Tragedia wstrząsnęła Polską – ucichły spory, zamarły kłótnie. Świat polityczny zatrzymał się, a kraj pogrążył w żałobie. Tragedia ta nie jest najważniejsza w sensie politycznym. Najważniejsza jest tragedia ludzka tak wielu osób, którzy zginęli w tej katastrofie i ich najbliższych, którym przyjdzie teraz egzystować w pustce pozostawionej przez najbliższych, zabranych przez los. Na wieść o tym co się wydarzyło, polskie społeczeństwo zareagowało natychmiast i spontanicznie. Pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie zgromadziły się tłumy warszawiaków, zapłonęły setki i tysiące zniczy, z których powstało jedno ogniste morze. Wszędzie, gdzie tylko się dało, układano niezliczone ilości kwiatów. Rozdzwonił się dzwon Zygmunta na Wawelu, który odzywa się tylko w chwili ważnych wydarzeń dla Polski. Mówiono, że tak wielkiego poruszenia społecznego nie widziano od czasów pielgrzymek Ojca Świętego. Po katastrofie najpierw pytano o Prezydenta. Dopiero później do świadomości przebiło się, że wraz z Nim oddała życie Pani Prezydentowa oraz wielu wybitnych przedstawicieli elit politycznych, społecznych, zawodowych i kulturalnych, którzy towarzyszyli Mu w misji oddania hołdu pomordowanym w lesie katyńskim przed siedemdziesięciu laty. Wśród nich byli najbliżsi współpracownicy Prezydenta, parlamentarzyści, generałowie, działacze społeczni, bliscy pomordowanych w Katyniu. Wkrótce w mediach pojawiły się ich sylwetki, wspomnienia rodzin i przyjaciół, zniknęły podziały polityczne, a podczas nabożeństw przekazywano sobie znak pokoju jako znak płynący z potrzeby serca. * Na łamach Remedium często pojawia się termin trauma w różnych znaczeniach: psychologicznych, społecznych, kulturowych mających wymiar zarówno jednostkowy, jak i ogólny dotyczący całych grup ludzi czy nawet społeczeństw. Ale jak zakwalifikować dramat, który wydarza się w skali całego narodu? Czy jest to jeszcze trauma, wyrażająca splot przeżyć wewnętrznych, czy jednak coś innego, co pokazuje zbiorowe przeżycia całego narodu. Może jest za wcześnie, by rozpatrywać to pojęcie w takich kategoriach, ale ono zaistniało i nie da się uciec przed jego identyfikacją. Myślę, że do tego problemu będą powracać specjaliści z różnych dziedzin i w różnych aspektach. Bo tu nie chodzi o zwykłe słownikowe czy też encyklopedyczne pojęcie, ale o wymiar dramatu kładącego się cieniem na nasze życie jako jednostek, wspólnot i narodu. Podobną traumę przeżywaliśmy po śmierci naszego wielkiego Rodaka papieża Jana Pawła II. Było to także przeżycie jednostkowe i zbiorowe, bolesne i często pozostawiające ślady psychiczne. Jednak wymiar tego dramatu i jego znaczenie było inne. Tam, na naszych oczach i w naszych sercach kończyło się życie wielkiego człowieka krok po kroku, ubywało go kropla po kropli, aż do ostatecznego zaśnięcia. Wszystko było wiadome i nasza świadomość uczestniczyła w przemianie materii w ducha, słowa w Słowo, w odchodzeniu Ojca Świętego od nas w procesie dziejącym się w czasie. Dlatego tak trudno przyjąć cios, który uderza znienacka, a jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego tak się stało. Śmierć Ojca Świętego i ból narodu, którego był duchowym przewodnikiem, przywoływano po tragedii smoleńskiej często. I trudno się temu dziwić, bo oba te wydarzenia zaciążyły na życiu narodu i wzbogaciły nas o doświadczenia i refleksje, jakich nikomu w świecie doznać nie było dane. To co się wydarzyło w Watykanie i pod Smoleńskiem trwa w nas i rysuje ślady, którymi podąża zbiorowa pamięć. Od śmierci Karola Wojtyły upłynęło już, a może dopiero, pięć lat. Ludzie pamiętają go i jego słowa wygłaszane podczas licznych homilii, bo zaprowadziły nas one do przedsionka wolności. Wystarczyło wtedy tylko nacisnąć klamkę i pchnąć drzwi, aby otworzyły się i wpuściły do nas jej światło. Dlatego w rocznicę tamtej śmierci, wzdłuż ulicy Jana Pawła II, bez względu na pogodę robi się tłoczno, pojawiają się tłumy ludzi, płoną setki zniczy i zwykłych małych lampek, układane są kwiaty, trwa nastrój skupienia i refleksji. Być może z tego też powodu uroczystości żałobne poświęcone tym, którzy zginęli w prezydenckim samolocie, odbywały się na Placu Piłsudzkiego, w miejscu gdzie stał ołtarz w 1979 r., a Ojciec Święty wzywał Ducha Świętego, by zstąpił i odmienił oblicze tej ziemi. To przecież tuż obok znajduje narodowe sanktuarium, czyli Grób Nieznanego Żołnierza, którego szczątki pobrano z pola bitewnego, gdzie walczył z bolszewicką nawałą. A o mordzie katyńskim polskich oficerów świadczy tablica umieszczona obok innych świadectw polskiej krwi i chwały. I jeszcze jedna refleksja świadcząca o wspólnej symbolice polskich losów. Wszyscy pamiętamy z przekazów medialnych scenę pożegnania Ojca Świętego, gdy wiatr przewracał kartki Jego Testamentu, jakby chciał go odczytać na nowo i przekazać nam przesłanie. Podobnie na lotnisku warszawskim wiatr w słońcu, którego zabrakło w Smoleńsku, niepokoił flagę, którą spowita była trumna Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Może i on chciał nam przekazać jakieś ważne przesłanie? * Niejeden z nas pamięta, jak ciężkim przeżyciem, kładącym się nierzadko na psychice, było żegnanie osoby bliskiej, której pośmiertny widok zapadał w pamięć. A co dopiero mówić o identyfikacji i żegnaniu szczątków, o których wiadomo tylko tyle co z danych DNA. Ale właśnie wtedy i w takich okolicznościach rodzi się ludzka solidarność, współczucie i przemożna potrzeba oddania publicznego hołdu wraz z uczestniczeniem w ostatniej posłudze. W takich chwilach wielu ludzi nie wstydzi się łez i płacze wraz ze wszystkimi. To sprawia, że nasze serca oczyszczają się i otwierają na cierpienia innych. Dzięki temu stajemy się lepszymi. Ta sama solidarność tworzy poczucie więzi wśród ludzi, kiedy chcą okazać swoje współczucie. Słowem, które w obliczu tej tragedii w debatach medialnych przewijało się bardzo często, było pojednanie. Ma ono wszakże znaczenie moralno-etyczne, głęboko ludzkie, psychologiczne, bo w obliczu wielkiej tragedii ludzie chcą czuć swoje człowieczeństwo, chętnie odrzucają uprzedzenia, a podziały tracą na ostrości. Zapewnienia o porzuceniu animozji mogą być jak najbardziej szczere, ale trudne do wykonania. Mówią o tym niedawne przykłady z przeszłości. Kwestia pojednania narodowego przywoływana w kontekście śmierci Polaka Papieża mówi o czymś zupełnie innym. Spory i podziały przygasły tylko na krótko, by po pewnym czasie odżyć z tą samą siłą. Dużo mówiło się o pokoleniu JP II, czyli młodych, którzy poniosą w swoje i nasze życie moralne odrodzenie. Tak się jednak nie stało. O pokoleniu JP II mało kto dzisiaj pamięta, a ono samo rozbiegło się we wszystkie strony codzienności, pochłonęło je trudy i nakazy życia, emigracja i walka o przetrwanie. Czy teraz idea pojednania się spełni? Gdyby miało się tak stać to jej sens byłby raczej w spotkaniu się ludzi, a niekoniecznie formacji politycznych, dla których walka z przeciwnikami jest chlebem powszednim. * Po katastrofie samolotu prezydenckiego ogłoszono tygodniową żałobę narodową. Czy to mało, czy dużo? Przeżywanie takiej żałoby jest inne w wymiarze medialnym, a inne w przeżyciu rodzinnym czy jednostkowym. Tego rodzaju dramat narodowy w odbiorze społecznym przebiega na różnych poziomach, także pokoleniowych i z różnym natężeniem emocjonalnym. Dopiero po pewnym czasie będzie można skatalogować skutki, jakie żałoba narodowa wniosła do naszego codziennego życia i co w nim zmieniła. Wspólne przeżywanie dramatu w tej skali to tylko jeden z elementów rekompensowania poniesionej straty. Bowiem ten proces jest o wiele bardziej złożony niż to się wydaje na jego początku, a jego piętno będzie nam towarzyszyć w dłuższym wymiarze czasu. Wspólne przeżywanie żałoby narodowej przez ludzi, jak gromadzenie się w symbolicznych miejscach, palenie zniczy, pomaga poradzić sobie z poczuciem straty i zachwianego bezpieczeństwa – powiedziała tuż po tragedii Polskiej Agencji Prasowej psycholog społeczna Joanna Pommersbach ze Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej. Jak twierdzą specjaliści, psychologiczny mechanizm reakcji na tego rodzaju wydarzenie przebiega co najmniej w pięciu fazach. • W pierwszej fazie odczuwa się szok, który blokuje najważniejsze procesy psychologiczne, paraliżuje emocje i zatrzymuje reakcje. Odczuwa się pustkę i zagubienie oraz lęk przed przyjęciem do świadomości tego co się stało. Skoro wieści są skąpe to znaczy, że jeszcze nic nie wiadomo na pewno. • W drugiej fazie odczuwa się pragnienie odizolowania od otoczenia, z którego płyną często sprzeczne sygnały i chęć zbudowania w sobie oporu wobec rozmiarów dramatu. Szuka się pozytywnych informacji, które zaprzeczą przekazowi negatywnemu albo chociażby wygłuszą go na jakiś czas. Myślimy, że może to i prawda, ale nie do końca i za chwilę okaże się, jak wiele w tym przekazie było przesady. • W trzeciej fazie szuka się sposobu na odwrócenie sytuacji i dowodzi, że to niemożliwe, aby strata była tak przygniatająca, bo przecież wszystko odbywało się według planu, sprzęt działał bez zarzutu, a czynnik ludzki nie może działać przeciwko sobie. • W czwartej fazie ma miejsce akceptacja straty. Prowadzi to do depresji, na którą swoistym antidotum okazuje się żałoba. W sytuacji żałoby dzieje się coś takiego, że ludzie chcą być razem, że się gromadzą – diagnozuje J. Pommersbach. – Jest to mechanizm ewolucyjny – w przeszłości ci z nas, którzy w sytuacji zagrożenia gromadzili się razem, mieli szansę lepiej sobie z nim poradzić, przeżyć je. • ostatniej fazie, kiedy już wiadomo, że nic się w złym losie nie da odwrócić, pojawia się chęć powrotu na ścieżkę działania. Są przecież problemy, które niesie nowy stan rzeczy i z którymi trzeba sobie możliwie jak najszybciej poradzić. W tej fazie ujawniają się różne podejścia – jedni trwają w depresji z opuszczonymi rękami, inni stawiają czoło nowym wyzwaniom. Żałoba narodowa akcentuje także potrzebę zwarcia szeregów, bo gdy panuje spójność, łatwiej poradzić sobie z trudną sytuacją – podkreśla psycholog z Politechniki Warszawskiej. * Najmniej traumę narodową odnosi się do sytuacji dzieci, a przecież one, szczególnie te najmłodsze, ze względu na ich naturalną wrażliwość także przeżywają ją na swój sposób. Czasem nawet intensywniej niż dzieje się to z dorosłymi. One widzą, że dorośli są smutni, zagubieni, nie uczestniczą we wspólnych zabawach i niekiedy odnoszą wrażenie, że to ich wina, bo pewnie coś przeskrobały, ale nie wiedzą co. Jak wytłumaczyć dziecku taką tragedię? – zaczęli pytać rodzice. Sposoby przełożenia żałoby narodowej na język dziecięcej wrażliwości pojawiły się m.in. na portalach internetowych. Oto niektóre głosy, które zostały zarejestrowane na portalu Onet. • Pojawiła się np. propozycja, aby te uczucia wyrazić w rysunkach. Myślę, że dziecko najlepiej by to zrozumiało widząc przed sobą obrazek. Może więc warto dziecku narysować dom, rodziców, dzieci, dziadków i kontury Polski i powiedzieć, że ten dom to jest właśnie Polska i że ci, którzy w nim mieszkają, są bardzo dla nas ważni i bardzo nas kochają. A tych, którzy byli najważniejsi, nie ma już w naszych serduszkach. (...) To są małe dzieci i lepiej nie mówić o samolocie, bo może pozostanie w nich jakiś lęk. • Ktoś informując, że jego córka ma 6 lat, jest zdania, że to wystarczająco dużo, by mówić co się stało. (...) Zdecydowaliśmy się oddać skalę tragedii przez porównanie do przedszkola (chodzi tam ponad setka dzieci), że to jakby z dnia na dzień ich zabrakło. Podziałało. (...) Teraz nie rozmawiamy o tym, dajemy jej czas na przetrawienie. • Moja córeczka ma prawie 5 lat i to ona pierwsza zadała pytanie co się stało, widząc nasz smutek i relacje telewizyjne – wypowiada się inna internautka. – A właściwie spytała – ile tych samolotów się rozbiło, że cały czas o tym mówią? Wtedy odpowiedziałam, że jeden, ale leciało nim prawie 100 osób i wszyscy zginęli. A telewizja (...) mówi o tym cały czas, bo lecieli tym samolotem ludzie zajmujący najważniejsze stanowiska w kraju, którzy byli szanowani przez Polaków i kochani przez swoje rodziny. (...) Myślę, że większość zrozumiała, jednak nie ukrywam, że boję się tej chwili, gdy będziemy lecieć na wakacje i trzeba będzie wsiąść do samolotu – nie wiem, czy jej się to nie przypomni. * Wkrótce żałoba się skończy i powrócimy do przerwanego rytmu naszej codzienności. Co się zmieni w naszym życiu? Co się zmieni w nas samych? Jacy będziemy wobec naszych rodzin i naszych bliźnich? Te i inne nurtujące pytania zadajemy sobie dzisiaj i jednocześnie uspokajamy się, że jest jeszcze za wcześnie, by udzielić na nie odpowiedzi. To prawda, ale prawdą jest także i to, że od nich nie uciekniemy. Autor jest pedagogiem, absolwentem Wydziału Dziennikarstwa UW, członkiem Związku Literatów Polskich. |